wtorek, 21 maja 2013

Agnieszka Zawadzka: Noc Muzeów czy Noc Atrakcji?



    
             Co można zaobserwować podczas Nocy Muzeów, będąc jednocześnie jej animatorem?

            Podczas tegorocznej Nocy Muzeów pomagałam przy jej organizacji w Muzeum Narodowym w Warszawie, jednocześnie starałam się wnikliwie obserwować to, co dzieje się wokół mnie. A więc przede wszystkim kolejka – bardzo długa i osławiona na całą Warszawę. A w kolejce ludzie – młodsi, starsi, trzeźwi lub trochę mniej, zainteresowani sztuką lub zupełnie nie, zaciągnięci przez znajomych lub powodowani osobistą chęcią odwiedzenia muzeum. Jak wiadomo, stanie w kolejce bywa nudne, chyba że zawiąże się jakieś kolejkowe znajomości – w tym najlepsi są ci, którzy pamiętają jeszcze poprzednią epokę. A na nudę trzeba znaleźć jakiś sposób.


            Muzeum Narodowe w tym roku zaproponowało dla „kolejkowiczów” dwie atrakcje – obie związane z obrazem „Dziwny ogród” Józefa Mehoffera. Pierwsza z nich odbywała się w godzinach 18-21 na dziedzińcu Lorentza i polegała na sadzeniu kwiatów przedstawionych na obrazie. Trzeba więc było podejść do stolika, wziąć doniczkę, nasypać ziemię wybrać nasionka lub cebulki kwiatów (włożyć je odpowiednią stroną do ziemi, co nie zawsze było takie proste) i gotowe. Walorem edukacyjnym były tabliczki opisujące symbolikę poszczególnych roślin. Po pierwsze rzucało się w oczy to, że nie była to tylko atrakcja dla dzieci, z równym zapałem roślinki w małych doniczkach sadzili ich rodzice, czy dziadkowie. Starsze panie i panowie, którzy posiadali doświadczenie w sadownictwie doradzali tym, którzy tego doświadczenia nie mieli zupełnie. Sadzenie kwiatów wciągnęło wszystkich, łącznie z pracownikami muzeum. Ja też zasadziłam irysa i koniczynę – bo kto powiedział, że organizator nie może być przez chwilę uczestnikiem? Obraz, który miał być tematem przewodnim wzbudzał bardzo znikome zainteresowanie – nie było pytań dotyczących autora, dzieła, okoliczności powstania. Za to pytań dotyczących ogrodnictwa, sadzenia cebulek i ich uprawiania było całe mnóstwo. Swoją drogą okazało się, że edukator muzealny musi mieć rozległą wiedzę we wszystkich dziedzinach, żeby sprostać wymaganiom publiczności. Ciekawe było to przeniesienie akcentu ze sztuki na botanikę. W końcu wszyscy braliśmy udział w nocy muzeów, a sztuka jakby liczyła się tu najmniej. Czyżby naprawdę chodziło tylko o swego rodzaju happening? Bo przecież na co dzień w poważnym muzeum nikt kwiatów nie sadzi.
            Druga atrakcja odbywała się na dziedzińcu przed głównym wejściem do muzeum i związana była z tym samym obrazem. Polegała na wykonywaniu z dziećmi kwiatów z bibuły. I tu pojawia się pytanie o to czy był to tylko sposób zajęcia czasu ludzi stojących w kolejce, czy próba przekazania przy okazji wiedzy na temat sztuki? Wydaje się, że jednak to pierwsze. W końcu o sztuce rzetelnie już w samym muzeum opowiadali przygotowani do tego edukatorzy. Robienie kwiatów cieszyło się ogromnym zainteresowaniem i było świetnym sposobem na zrobienie czegoś kreatywnego podczas stania długimi godzinami w niekończącej się kolejce. Przy okazji można było usłyszeć głosy zachwytu nad własnym, w moim przypadku wątpliwym, talentem plastycznym. Podczas tych działań ujawniło się także to, że publiczność podchodzi do organizatorów bardzo roszczeniowo. Zazwyczaj pada stwierdzenie: „Zrobi mi pani taki kwiatek?”. Przy próbie włączenia takiej osoby w działania najczęściej animator spotyka się ze sprzeciwem i wytłumaczeniem, że „ja nie umiem”, „nie wiem jak”, „nie potrafię przeciąć kartki”. Pojawia się więc pytanie, czy to szkoła nas tak ukształtowała oceniając nasze wszystkie plastyczno-manualne poczynania od najmłodszych lat i zazwyczaj odnosząc się do nich dość surowo? A może jest to postawa skoro przychodzę i stoję w tej kolejce to organizatorzy są od zapewnienia mi atrakcji? A może po prostu nasza konsumpcyjna cywilizacja przyzwyczaiła nas do otrzymywania gotowych produktów, które ktoś za nas zrobi? Z wielkim zdziwieniem przyjmowane przez uczestników było to, że przy nie wielkiej pomocy każdy jest w stanie taki kwiat sam wykonać. A przecież własnoręcznie wykonane rękodzieło cieszy najbardziej, chociaż nie jest doskonałe. Bardzo zadziwiła mnie jedna mama, która od razu zaznaczyła, że chce by jej dziecko mogło aktywnie uczestniczyć w tworzeniu swojego kwiatu. Takie wyjątki też się więc zdarzają. Spotykałam się też podczas tych działań – co zaskakujące - ze współczuciem ze strony publiczności i pytaniami o to, czy nie jest mi zimno, czy nie mam już dosyć i stwierdzeniami, że już tyle tych kwiatów wykonałam, że będą mi się śnić po nocach. Co zresztą okazało się prorocze.
            Całą Noc Muzeów znajdowałam się w centrum warszawskich wydarzeń, pracowałam zapewniając atrakcje ludziom stojącym w największej i najbardziej znanej kolejce w Polsce. Czy poznałam ich motywacje? Jedna z nich na pewno wyraża się w zdaniu, które wypowiedziała pewna pani: „W Nocy Muzeów najważniejsze są te atrakcje, szkoda, że na co dzień takich nie ma”. Druga w stwierdzeniu: „Z każdej Nocy Muzeów trzeba mieć jakąś pamiątkę, z tamtej mam świecącą bransoletkę to czy w tym roku też dostanę?”. A trzecią chyba wyrażają budki z frytkami i młodzież w stanie wskazującym na spożycie śpiewająca pod drzwiami muzeum piosenki rodem ze stadionów. Na marginesie mówiąc najbardziej nielubiana grupa odwiedzających przez wszystkich pracowników muzeum. Czy chodzi więc podczas tej nocy o sztukę? Mam nadzieję, że chociaż trochę tak, albo może bardziej mam nadzieję, że wiedza, którą próbowali przekazać organizatorzy opowiadając o obrazach pozostanie chociaż w kilku głowach odwiedzających. Ja obserwując to od środka miałam wrażenie, że uczestniczę bardziej w festiwalu, happeningu, dobrej zabawie z atrakcjami za darmo. Czy gdyby nie nazywało się to wydarzenie Noc Muzeów, tylko np. Noc Atrakcji coś by to zmieniło? Myślę, że nie. Muzea są bowiem tylko pretekstem do tego, by wyjść z domu i uczestniczyć, nie zawsze świadomie, w ogólnonarodowej zabawie. Znamienne jest też to, że sami organizatorzy dopóki nie zaczęli pracować w muzeum nie lubili tej imprezy i nie stali nigdy w ciągnącej się w nieskończoność kolejce do sztuki. Czy jednak naprawdę do niej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz