piątek, 24 maja 2013

Aleksander Kozielski: Polowanie na atrakcje nie ma sensu



Jedynym moim kontaktem z tegoroczną Nocą Muzeów było wyprzedzanie (rowerem) specjalnego, piętrowego autobusu na ulicy Rozbrat. Muszę powiedzieć, że bardzo mi to odpowiada – spotkałem się ze znajomymi na Agrykoli, zostawiając tłumy, kolejki i wszelkiego rodzaju atrakcje innym. Z Nocą Muzeów od początku nie było łatwo, choć ostatecznie podróżowanie po mieście z grupą przyjaciół rozklekotanym „ogórkiem”, a nawet wspólne stanie w długim ogonku przed wejściem może mieć pewien urok. A idea przecież słuszna i chwalebna, bo popularyzacja, animacja itd. Tym, co ostatecznie mnie zniechęciło do tego wydarzenia, było uczestnictwo po drugiej stronie i to, co mogłem zobaczyć jako współprowadzący warsztaty.


W zeszłym roku jako Warszawska Kooperatywa Spożywcza dostaliśmy od Krajowej Rady Spółdzielczej  zaproszenie do udziału w organizacji „Nocy Kooperatystów” - serii atrakcji w Muzeum Historii Spółdzielczości na Jasnej, połączonej z promowaniem różnych form współczesnych działań spółdzielczych, warsztatami i kiermaszem. Dodatkowo miała zagrać ekipa z Warszawskiej Opery Kameralnej, której akurat groziła likwidacja. Dostaliśmy na akcję sporo pieniędzy, założenia były szczytne, bo ściągamy ludzi do małego muzeum i pokazujemy im szlachetne idee. Jak to jednak wyglądało w praktyce?


Zaczęło się od tego, że kolega zagadnął jednego z wolontariuszy, którzy pomagali nam ustawiać stoły, dlaczego wybrał akurat to muzeum, czy interesuje się myślą spółdzielczą, anarchizmem itp.? Otóż nic z tych rzeczy – nasi „wolontariusze” wcale nie znajdowali się tam z własnej woli, tylko odrabiali nieobecności z zajęć na socjologii, a że wykładowczyni organizowała akurat to wydarzenie...


Frekwencja była bardzo wysoka, bo spółdzielcze muzeum znajduje się w ścisłym centrum i łatwo je włączyć do swojej muzealnej trasy. Bardzo dobrze – pomyśleliśmy sobie – więcej osób dowie się tym, jak można wspólnie działać i pozna ciekawe inicjatywy. Nic z tego. Ludzie chętnie brali słoiki z kiełkami do wyhodowania i cierpliwie słuchali jak je pielęgnować, ale ulotek o kooperatywie brać nie chcieli. Odwiedzający w każdym wieku chętnie robili sobie znaczki, ale to, co na nich było, zupełnie ich nie interesowało. Czy wrócą do Muzeum Historii Spółdzielczości? Wątpię, raczej rozpłynie się w ich pamięci jako jedno z kilkunastu, które „zaliczyli” podczas kolejnej, udanej Nocy.


Największy sukces edukacyjny odnieśliśmy wobec obsługi technicznej, która do końca siedziała na miejscu i zapewniała nam podstawowy prowiant i herbatę. Kolega zrobił paniom (bo były to same kobiety, jak to często bywa) wykład na temat weganizmu i tego, że kanapka z łososiem nie jest wegetariańska. Tak, one na pewno to zapamiętały, ale czy nie lepiej by było, gdyby mogły wyjść z pracy wcześniej niż o pierwszej? Czy rzeczywiście warto pieniądze instytucji kulturalnych przeznaczać na taką właśnie zabawę – bezrefleksyjne „polowanie” na kolejne atrakcje? Wolę sobotnią noc spędzić na imprezie, a na wizytę w muzeum znaleźć czas w tygodniu. A że przyjdzie do niego mniej ludzi? Tym lepiej, będzie się można na nim skupić, a tego akurat w Nocy Muzeów brakuje.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz