czwartek, 22 października 2015

Kultura w Polsce: po debatach, przed wyborami

Wnioski formułowane po telewizyjnej "Debacie Liderów", którą we wtorkowy wieczór oglądało ponad 6,5 miliona widzów, wskazują, że najwyżej premiowane przez opinię publiczną są w tym sezonie: przygotowanie merytoryczne, szczerość wypowiedzi i świeżość spojrzenia.

Adrian Zandberg (Razem) pokonał kontrkandydatów w genialny w swej prostocie sposób: po prostu mówił o tym, co proponuje jego ugrupowanie w swoim programie politycznym. "Wygrał debatę", bo robił to, czego oczekujemy od uczestników debaty. Mógł wygrać, bo jego ugrupowanie ma program, a on sam zna ten program i się go nie wstydzi. 

Tym właśnie różni się "efekt nowości" w wykonaniu Zandberga od sytuacji "nowej twarzy PiS", Beaty Szydło (wstyd przed ujawnieniem konkretów lub ich nieznajomość) i "czarnego konia wyborów prezydenckich", Pawła Kukiza (brak programu lub program "Zgadzam się z panem Januszem"). Szczerością zapunktowali natomiast również Ryszard Petru (Nowoczesna) i Janusz Korwin-Mikke (KORWIN), ale w ich przypadku do pełni sukcesu zabrakło świeżości spojrzenia - wąsko adresując swoje od dawna powtarzane postulaty, przekonywali przekonanych. Petru był kompetentny merytorycznie, ale niesprawny retorycznie (wpadka z nieczytelnym roll-upem), Korwin odwrotnie - mielizny nieuprawnionych uogólnień przykrywał barwnością wywodu. Kandydatka Zjednoczonej Lewicy Barbara Nowacka miała w debacie, moim zdaniem, najwyższe kompetencje retoryczne, ale w jej przypadku kłopotem okazało się, że nie wiadomo, czy poza jej kandydaturą jest w Polsce cokolwiek, co jednoczy lewicę i jaki jest cel takiego jednoczenia, jeśli nie pakietowa wygrana Millera i Palikota. Szczególny problem ze świeżością i szczerością musieli mieć przedstawiciele koalicji rządzącej, premier Ewa Kopacz (PO) i wicepremier Janusz Piechociński (PSL), bo cokolwiek by zaproponowali, w pierwszej kolejności powinni się wytłumaczyć, dlaczego przez minione 8 lat nie zrobili tego, co proponują.

Gdy z poziomu dyskursu medialnego - podkreślającego rolę dwóch głównych partii politycznych i różnice między nimi (vide poniedziałkowa "Rozmowa o Polsce" domniemanych kandydatek na premiera; ponad 8 mln widzów) zejdziemy na poziom dyskusji merytorycznej, okaże się, że scena polityczna odkrywa nieznane oblicze. Tak się stało np. podczas debaty kandydatów do parlamentu "Kultura w Polsce 2015-2019", o której szerzej wypowiadam się na łamach Res Publiki Nowej.

Debata odbyła się w zeszłym tygodniu w warszawskiej bibliotece na Koszykowej. Podczas spotkania okazało się, że o wielu sprawach kultury przedstawiciele PiS i PO mówią jednym głosem (przy wsparciu ZL), a ideowa przepaść, jaka teoretycznie dzieli "partię przedsiębiorców" (Nowoczesną) i "partię prekariuszy" (Razem), akurat w refleksji o kulturze nie występuje - oba ugrupowania traktują kulturę jako sferę zysków społecznych, a nie ekonomicznych. Z kolei najbardziej prorynkowe nastawienie do kultury podczas debaty prezentował przedstawiciel PSL, skądinąd... dyrektor publicznej biblioteki, w której odbywała się debata. 

Jednym z najważniejszych tematów tamtej debaty o kulturze była przyszłość mediów publicznych - jako jednego z najważniejszych narzędzi edukacji kulturalnej i komunikacji społecznej (co potwierdza oglądalność przedwyborczych spotkań telewizyjnych). Być może właśnie dlatego ani w "Rozmowie o Polsce" ani w "Debacie Liderów" o kulturze nie rozmawiano wcale. Media publiczne bronią swojej pozornej przezroczystości.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz