czwartek, 8 października 2015

Targi dziedzictwa: Wszystkie muzea to muzea techniki

Odwiedziłem wczoraj trwające właśnie (do jutra) w centrum targowym w Rembertowie III Targi Konserwacji i Restauracji Zabytków oraz Ochrony, Wyposażenia Archiwów Muzeów i Bibliotek "Dziedzictwo". Wniosek z wizyty: na własne życzenie tworzymy niekulturę nieautentycznych arcydzieł.

Na miejscu widać było, że mamy do czynienia z trzecią edycją Targów. Z jednej strony bardzo profesjonalne przygotowanie organizacyjne, zapewne wypracowane na podstawie doświadczeń z lat ubiegłych, z drugiej strony - wysoka specjalizacja wystawców i dosyć niewielka liczba zwiedzających, za to takich, którzy dobrze wiedzą, po co przychodzą. O ile pierwsza edycja wydarzeń tego typu może być traktowana w charakterze eksperymentu organizatorów i przyciągać osoby przypadkowe (po obu stronach stoisk), a druga edycja (o ile do niej dochodzi) potwierdza intuicje organizatorów i pozwala eksperymentować nowym wystawcom i nowym odbiorcom, to edycja trzecia świadczy o zaistnieniu w środowisku danej branży potrzeby uczestnictwa cyklicznie w takich targach i ugruntowaniu kanonu ich tematyki, zaś w przypadku branży "dziedzictwo" - w ogóle świadczy o tej branży powstaniu. Sam wybrałem się na targi po raz pierwszy i byłem chyba najbardziej "zewnętrznym" obserwatorem w całej hali targowej, choć nie powiedziałbym, że przypadkowym (do Rembertowa nie sposób trafić przypadkiem).


Podczas spaceru po niemal pustych przejściach między stoiskami w pierwszym odruchu można by pomyśleć, że dziedzictwo kulturowe nie generuje aż takiego zainteresowania tzw. zwykłych ludzi, jak chociażby rynek książki. Frekwencja nie była tu jednak wskaźnikiem sukcesu ani świadectwem zainteresowania tematem szerokiej publiczności. Po pierwsze, sektor GLAM (galerie, biblioteki, archiwa, muzea) ma trochę inną specyfikę: rzadko kiedy coś tu się sprzedaje odbiorcom, a tym rzadziej poza siedzibą instytucji (książki są do sprzedaży "na wynos", bilety wstępu do muzeów umożliwiają konsumpcję na miejscu, eksponatów - na razie - nie sprzedaje się). Po drugie, sektor GLAM był na targach raczej zadanym odbiorcą, a nie wystawcą oferty (wyobraźmy sobie targi książki, na których nie promuje się i nie sprzedaje książek, lecz zachęca redaktorów, wydawców, hurtowników i księgarzy do zakupu nowych narzędzi pracy i kupienia usług od podwykonawców), a skalę zainteresowania "dziedzictwem" wśród ordinary people należałoby raczej mierzyć - jeśli w ogóle na jakichkolwiek targach - to na targach biur turystycznych. 

Na targach dziedzictwa wśród wystawców dominowali sprzedawcy infrastruktury (systemy przeciwpożarowe, meble ekspozycyjne i magazynowe, urządzenia digitalizujące, a nawet szafki na klucze) i usług zewnętrznych (pracownie konserwacji, skanowanie 3D itd.) dla instytucji sektora GLAM, ale było też kilka stoisk stowarzyszeń branżowych, organizatorów kultury i bodaj jedno stoisko muzeum (Państwowe Muzeum Archeologiczne w Warszawie). W "narracjach stoiskowych" dominowały dwa hasła: ochrona i digitalizacja. Wygląda na to, że coraz tańsze techniki tworzenia coraz bardziej wiernych kopii cyfrowych prowadzą tę branżę w dwóch kierunkach: z jednej strony umożliwiają coraz szersze udostępnianie widoku eksponatów/archiwaliów, z drugiej - zachęcają do coraz bardziej profesjonalnego zabezpieczenia oryginalnych zbiorów. Namówieni na rozmowy o przyszłości sektora GLAM uczestnicy targów snuli wizje (przyznajmy uczciwie, że niepokojące ich samych), że być może już w niedługim czasie wiele eksponatów muzealnych zostanie profesjonalnie zeskanowanych trójwymiarowo, po czym oryginał zostanie wieczyście zarchiwizowany (zabezpieczony w żywicy i schowany w bezpiecznym miejscu) w trosce o przechowanie dziedzictwa dla przyszłych pokoleń (czyli dopiero pokolenie, które będzie wiedziało, że jest ostatnim żyjącym na Ziemi, będzie mogło ten skarb odkopać), zaś skan będzie na tyle dobrej jakości, że na jego podstawie wierną cyfrową kopię będzie mogło "wydrukować" nie tylko macierzyste muzeum tego eksponatu, lecz także każde inne muzeum, a nawet każdy zwiedzający (gdy technika druku 3D upowszechni się w gospodarstwach domowych).

Co nie jest zabronione, jest dozwolone, ale co nie jest uregulowane, stwarza problemy. Kuluarowe rozmowy upewniły mnie w przekonaniu, że nawet dla wystawców zaczyna być niewygodne to, że sektor GLAM nie wie, czego chce. Bo można dziś już zrealizować niemal każde zamówienie, ale kłopoty są często nie z jego realizacją, lecz z nieprzemyślanym scenariuszem. Sam budżet i kalendarz nie wystarczą.

Scenarzysta przyszłości muzeów powinien przemyśleć przynajmniej trzy sprawy. 

Pierwsza, trochę akademicka, to niebezpieczeństwo nierozróżnialności oryginałów i kopii. Nie chodzi oczywiście tylko o to, że instytucja nie powinna oszukiwać swoich zwiedzających, bo jest to niezgodne chociażby z doktryną konserwatorską, lecz także o to, że nie powinna też sama dać się oszukać. Kojarzycie Vinci Juliusza Machulskiego? Przy okazji topienia oryginałów w żywicy ktoś ze świata ceniącego oryginały może podmienić oryginał na jeszcze jeden wydruk cyfrowy ze skanera 3D i sprzedać oryginał na analogowym czarnym rynku, a przekręt ten zostanie wykryty dopiero w dniu końca świata. Publiczna widoczność oryginałów zapewnia(ła) oryginałom dodatkową okazję do weryfikowania ich oryginalności, zatem też jest (była) formą ochrony.

Druga sprawa, zasadnicza dla modelu muzealnictwa (a może i dla modelu demokracji świata zachodniego), to brak refleksji - w kręgach decydujących strategicznie o polityce kulturalnej - nad skalą rewolucji, jaką po cichu małymi krokami dokonujemy. Jeśli istotnie ma być tak, jak mówili moi rozmówcy na targach, to oznacza to koniec modelu instytucji muzeum publicznego, jaki znamy. Muzea, chroniąc oryginały, powinny udostępniać je publiczności, w domyśle wszystkim. Tym różni się muzeum publiczne, zarządzające dobrem wspólnym jako depozytem, od kolekcji prywatnej, udostępnianej według uznania właściciela. Jeśli oryginały zastąpimy wydrukami skanów i schowamy je przed spojrzeniem publicznym, wracamy do czasów Luwru sprzed rewolucji francuskiej: wzrokowy dostęp do oryginałów znów będzie mieć tylko wąska grupa uprzywilejowanych. Z drugiej strony, jeśli muzea będą pokazywać skany nie udając że są to oryginały (por. wyżej), a technika domowego druku 3D będzie się rozwijać i umożliwiać wydruk tych skanów w tak samo dobrej jakości na własny użytek, nie będzie potrzeby dalszego funkcjonowania muzeów (może zmienią się w sklepy z projektami wydruków). Muzeum publiczne, które nie zapewnia publicznej widoczności oryginałom, traci rację bytu (tylko nie mówcie tego piewcom muzeów narracyjnych).

Trzecia sprawa to złudzenie finalizmu. Jakoś chcemy wierzyć, że formaty zapisu, jakimi dysponujemy dzisiaj, są na tyle dobre, że nigdy nie będzie lepszych, a techniki odczytu na tyle uniwersalne, że będą zawsze w użyciu. Że tak nie jest, przekonywać nietrudno. Na targach swoistym memento w tej kwestii była dla mnie sytuacja, w której jeden z wystawców przekazał mi płytę CD z portfolio swoich realizacji. Dobrze, że nie dyskietkę, ale zapis na płycie kompaktowej jako sposób promocji jest i tak na granicy muzeum historii techniki.

Wizyta na targach doprowadziła mnie do wniosku, że na własne życzenie idziemy w kierunku niekultury. Pamiętacie "maszynę do nadawania autentyczności" Jamesa Clifforda? Dla przypomnienia: pisał on w eseju O kolekcjonowaniu sztuki i kultury o czterech sferach funkcjonowania przedmiotów w kulturze: sztuce i jej autentycznych arcydziełach (oryginalne, jednostkowe dzieła sztuki), kulturze i jej autentycznych artefaktach (tradycyjne, zbiorowe wytwory kultury), niesztuce i jej nieautentycznych artefaktach (odtwarzane, komercyjne towary) oraz niekulturze i jej nieautentycznych arcydziełach (nowe, niepospolite wytwory techniki,"falsyfikaty i wynalazki"). Nareszcie wiadomo, co oznacza - ponad teoretyczny wynik semiotycznej gry przeciwieństw - ostatnia kategoria. Po naszych czasach zostaną właśnie nieautentyczne arcydzieła, zgromadzone w muzeach techniki. Muzeach techniki muzealnej. Autentyczne arcydzieła i artefakty zostaną pochowane do piwnic, ich utowarowione "wydruki" (niesztuka) wejdą do sprzedaży, a muzea będą chronić "falsyfikaty" - te jak na nasze dzisiejsze warunki możliwie wierne kopie cyfrowe, które za 10 lat będą nas śmieszyć - jak i "wynalazki", dzięki którym za 20 lat wciąż jeszcze kopie takie będzie można wykonać - w tej wówczas już tyleż przestarzałej, co zapewne kultowej technice z czasów dzisiejszych (po okresie wyśmiania wróci bowiem nostalgia za starymi siermiężnymi skanami, zobaczycie!). 

Czy chcę powiedzieć, że wszystko idzie w złym kierunku? Przeciwnie, cała nadzieja w technice. Im szybciej pójdzie ona do przodu, tym szybciej ktoś sięgnie do bunkra po zatopiony w żywicy oryginał - choć pewnie tylko po to, by zdigitalizować go w nowszej technologii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz