wtorek, 6 października 2015

Zmuzealniona historia kina: Milcząca gwiazda

W ramach przeglądu "Wojny Światów", organizowanego w Iluzjonie z okazji Międzynarodowego Tygodnia Kosmosu, wybrałem się wczoraj na "Milczącą gwiazdę" - kolorowy film science-fiction z 1959 roku w koprodukcji państw Układu Warszawskiego na podstawie "Astronautów" Stanisława Lema. Chciałem ten film obejrzeć od czasu, gdy kilka lat temu został wydany na DVD (wówczas w recenzji prasowej tej płyty przeczytałem, że Lem określił obraz mianem "dna den"). Potem żałowałem, że ze względu na inne plany nie mogłem go obejrzeć na Beton Film Festival 2015, gdzie znalazł się w repertuarze filmów o architekturze ze względu na scenografię Anatola Radzinowicza. 

Lem bodaj z założenia nie lubił adaptacji filmowych swoich utworów, ale tym razem śmiało można się z nim zgodzić. Zresztą na to liczyłem, bo słabe filmy to jedna z moich nieprzepracowanych naukowo - i tym pewnie silniejszych - fascynacji (tacy jak ja widzimy się co miesiąc w Muranowie na DKF "Najgorsze filmy świata"). Słaby film ze świetną scenografią to z kolei rarytas, przeważnie wszak w "najgorszych filmach świata" najbardziej rzuca się dziś w oczy ich fatalne wykonanie (straszydła tak straszne, że aż śmieszą, tekturowe zaświaty i mechaniczne potwory psujące się w trakcie kręcenia sceny), choć naturalnie niedorzeczność opowiadanej w ten sposób historii również cieszy. Tutaj realizacyjnie - może poza grą aktorską - jest bez zarzutu (scenografia, kolorowe zdjęcia, sprawny montaż), natomiast film kładą naiwności scenariusza. Tak bezsensownej historii nie dałoby się nakręcić lepiej.


Po co oni tam lecą?
"Milcząca gwiazda" to w gruncie rzeczy film o przewadze bezzałogowych lotów kosmicznych nad załogowymi. Międzynarodowy zespół (w filmie mówi się: kolektyw) ośmiorga naukowców z bloku państw miłujących pokój (dowódca i drugi pilot oczywiście z ZSRR, inżynier pokładowy z PRL, biolog-lingwista (!) z Chin, matematyk z Indii, lekarka - Japonka, która uszła cało z ataku na Hiroszimę, nawigator z Afryki oraz Amerykanin, który odszedł z NASA, by wesprzeć misję merytorycznie) staje przed wyzwaniem życia: wspierani przez samobieżnego robota Omegę (wymienionego wśród występujących aktorów w napisach - cóż za prefiguracja posthumanizmu!) mają stać się załogą pierwszego statku kosmicznego lecącego z dziejową misją na Wenus. Niestety, są do tej roli kompletnie nieprzygotowani: nie wiedzą, jak mają zachowywać się w kosmosie (są zaskoczeni nieważkością, zajęci pracą odmawiają przyjmowania posiłków serwowanych przez lekarkę, grają z robotem w szachy i dziwią się, że przegrywają), nie wiedzą, dokąd lecą (miejsce lądowania wybierają ad hoc) i przede wszystkim nie wiedzą, po co lecą. 

Pretekstem do zorganizowania wyprawy jest odkrycie na pustyni Gobi nośnika magnetycznego o pochodzeniu pozaziemskim, który zachował się z wenusjańskiego statku kosmicznego, który rozbił się podczas katastrofy tunguskiej (to wcale nie był meteoryt!). Naukowcy jeszcze na ziemi oceniają, że zapewne Wenusjanie, wiedząc że się rozbiją w rosyjskim lesie, wyrzucili "po drodze" jakieś cenne dla siebie nagranie, niestety pełne zakłóceń. Gdy udaje się je częściowo odcyfrować (jest to lista pierwiastków chemicznych składu Ziemi, czytana - co zresztą nikogo nie zastanawia - po łacinie), zapada niedorzeczna decyzja o szybkim wylocie na Wenus. Na statku kosmicznym matematyk z biologiem-lingwistą kontynuują pracę nad rekonstrukcją nagrania. Mniej więcej w połowie drogi do Wenus okazuje się, że nagranie zawiera plany ataku Wenusjan na Ziemię. Czy kolektyw postanawia zawrócić? Nie. Czy kolektyw postanawia poinformować Ziemię o swoim odkryciu? Nie. Bohatersko kontynuują misję, której celem jest od tego momentu przekonanie Wenusjan do zmiany planów odnośnie Ziemi i Ziemian (powodzenia!).

Gdzie lądują?
Statek (nawet dwa statki, bo nie wiedzieć czemu Ziemianie najpierw wysyłają z rakiety jednoosobowy lądownik, po czym lecą za nim rakietą) podchodzi do lądowania na chybił trafił przez zamgloną atmosferę Wenus w tak niewiarygodnie nonszalancki sposób, że publiczność zgromadzona w sali kinowej kategorycznie żąda od załogi odejścia na drugi krąg. Kino jednak nie jest medium interaktywnym i kolektyw ostatecznie ląduje w Parku Rzeźby na Bródnie (akurat prezentowana jest instalacja Szklany Las), a zakopany w ziemi kabel energetyczny szybko doprowadza dzielnych astronautów do siedziby Centrum Nauki Kopernik (choć wygląd gmachu - ażurowa podświetlana kula - wskazywałby, że to Muzeum Sztuki Nowoczesnej według jednego z niezrealizowanych projektów). Na terenie placówki nie ma jednak - szczęśliwie dla przybyłych - ani innych zwiedzających, ani pracowników merytorycznych, ani nawet pani pilnującej na krześle, która nie wiedziałaby, czy przylot Ziemian to nowa atrakcja wymyślona przez dział promocji, czy jednak próba bezprawnego wejścia bez biletu. Na terenie muzeum nie ma nikogo, i tylko dlatego większość załogi nie ginie w ciągu pierwszych 5 minut swojej wizyty. Są za to pozostawione same sobie eksponaty. Ziemianie nieopatrznie wprawiają w ruch maszynę zamieniającą masę w energię. Gdy masy zaczyna przybywać, grozi im utonięcie w budyniu czekoladowym, więc przełączają tryb pracy na produkcję energii kosztem masy, co niestety wywołuje oddziaływanie elektromagnetyczne, które przy niesprzyjającej koniunkcji planet może wywołać zniszczenie Ziemi strumieniem jonizacyjnym (naukowcy czytają w opisie eksponatu, że taki był chytry plan Wenusjan, ale coś nie wyszło i wszyscy zginęli zanim zdążyli zniszczyć naszą planetę). 

Dzielni Ziemianie nie są na tyle heroiczni, by dla dobra Ziemi dać się utopić w budyniu, postanawiają więc, że najlepiej będzie maszynę po prostu wyłączyć. W tej misji ginie lingwista-biolog (rozcina sobie skafander o drzewo i umiera z braku tlenu), a zapewne również drugi pilot z ZSRR i nawigator z Afryki, który dzielnie wyłącza maszynę, powodując jednak ten dodatkowy nieprzewidziany efekt uboczny, że oddziaływanie elektromagnetyczne zaczyna działać antygrawitacyjnie na obiekty znajdujące się na terenie parku rzeźby. Antygrawitacja odpycha w kosmos główną rakietę Ziemian oraz rakieto-myśliwcowy pojazd, którym drugi pilot leci po nawigatora z Afryki. W efekcie rakieta z piątką ocalałych wraca na Ziemię, drugi pilot wylatuje w pojedynkę w kosmos w rakieto-myśliwcu, a nawigator i zwłoki biologa-lingwisty zostają na Wenus (najwyraźniej na nich oddziaływanie antygrawitacyjne nie działa). Szef misji po powrocie na Ziemię ogłasza, że trójka, bez której wrócili, zginęła dla dobra ludzkości. Jak na film, w którym tak często powtarza się frazesy o roli rozwoju nauki dla poznania prawdy o świecie i tak dużo mówi się o szczerych intencjach działań państw bloku wschodniego, takie zakończenie to dość przewrotny, choć chyba niezamierzony, metakomentarz do mechanizmów działania propagandy. Wszyscy widzowie wszak wiedzą, że cała trójka zginęła z powodu swojej nieuwagi, niekompetencji i lekkomyślności, w dodatku podczas rozwiązywania problemu, który sami chwilę wcześniej stworzyli z kolegami, którym udało się wrócić na Ziemię.

Jak zachowywać się w kosmosie?
Film ten uczy, że podejmowanie decyzji pod presją czasu i w sytuacjach stresowych nie popłaca. Gdyby wylot na Wenus wstrzymano do czasu odczytania odnalezionego nagrania, można by zawczasu zrezygnować ze startu misji i pomyśleć nad sensownym sposobem wyjścia z międzyplanetarnej opresji. Gdyby zaś w finałowej scenie filmu nawigator pomyślał zamiast panikować ("Nie zostawiajcie mnie, nieee!"), mógłby z powrotem włączyć maszynę (w trybie masa = budyń czekoladowy), zanim oba uciekające w przestrzeń kosmiczną pojazdy oddalą się na tyle, że nie byłyby w stanie wrócić (swobodnie opaść) na planetę. Być może po ponownym wylądowaniu  naukowcy zdążyliby, zanim doszłoby do zalania ich przez kolejną falę masy czekoladowej, opracować patent, jak wyłączyć maszynę, zachowując komplet załogi wewnątrz rakiety (może poświęciliby dzielnego robota Omegę?). W trakcie filmu dowiadujemy się co prawda, że rakieta może na Wenus tylko raz wylądować i tylko raz wystartować, jednak chyba chodzi tu o warunki sterowania rakietą i zapasy paliwa, a korzystanie z antygrawitacyjnego pola siłowego generowanego przez eksponat z Centrum Nauki Kopernik i siłę grawitacji samej planety nie powinno być tu uwzględniane.

Drugi morał z filmu jest taki, by każdy pracował w dziedzinie, na której się zna. Biolog-lingwista, jak dowiadujemy się podczas ekspozycji postaci, rozwiązał problem głodu na świecie znajdując sposób na zamianę wszelkiej masy w jedzenie (i to nie tylko w budyń). Czy musiał więc zginąć na Wenus od konara, który rozrywa mu skafander?

Trzeci morał, najważniejszy dla Miasta Muzeów: lepiej nie dotykać eksponatów. A nawet jeśli wolno, zapytajmy animatora, jak z niego korzystać, żeby nie zniszczyć życia na Ziemi lub nie stracić własnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz