wtorek, 22 grudnia 2015

Muzealne prezenty pod choinkę


Wiem, Wigilia już pojutrze. Pewnie prezenty mają Państwo dawno skompletowane, a jeśli po coś jeszcze wybierają się Państwo do sklepów w najbliższym czasie, to będą to wiktuały i napitki. Gdyby jednak tak jak ja, robili Państwo wszystko na ostatnią, lub przedostatnią, chwilę, a wizytę w muzeum lub w księgarni przedkładali nad zakupy w sklepie lub na bazarze, polecam dwie propozycje "muzealnych" prezentów pod choinkę (i na Nowy Rok). Obie mają tę zaletę, że będą dostępne również po Świętach i nie przestaną cieszyć, gdy opadnie magia tychże. Co więcej, obie są jednocześnie w jakimś stopniu "atrakcyjne" i w jakimś stopniu "praktyczne", więc można o nich pomyśleć zarówno, jak o przyzwoitej niespodziance, jak i o przemyślanej inwestycji w kogoś bliskiego (lub w siebie). Tradycyjnie w takich zestawieniach umieszcza się zwykle co najmniej trzy propozycje albo ogranicza do jednej. Jednak nie widzę na horyzoncie żadnej trzeciej propozycji, która dorównywałaby tym dwóm, o których pisze, a każda z tych dwóch wydaje mi się na tyle dobra, że nie mogę jej pominąć.




1. Jacek Dehnel, Proteusz, czyli o przemianach. Spacerownik po historii Muzeum Narodowego w Warszawie, Warszawa 2015.

Rzadko się zdarza, by polskie muzea tak chętnie opowiadały o swojej własnej historii - i to z takim rozmachem! Ponad 300 stron, setki ilustracji, cena 90 PLN (tyle zapłaciłem w promocji!), kilka lat pracy (Dehnel wspomina o zbliżającym się deadline'ie na Proteusza w swoim Dzienniku, dziejącym się w 2013 roku - roku jubileuszu MNW...). Dehnel zapewniał podczas spotkania promocyjnego, że jego książka nie ma aspiracji naukowych i jest tylko kompilacją wcześniejszych opracowań, ale życzyłbym sobie, by każda instytucja kultury wydała tak bogatą i tak dobrze napisaną "kompilację" na temat własnej historii.

Zresztą, choć wywód bardziej rekonstruuje przeszłość, niż poddaje ją gruntownej analizie krytycznej, książka jest też wyzwaniem dla Czytelników mających wobec książki ponadkompilacyjne oczekiwania. Ja jestem usatysfakcjonowany. Dzięki Dehnelowi historia MNW staje się bowiem nie tylko bardziej dostępna, ale też potrójnie nieprzezroczysta: 1. Po pierwsze, opowiedziana ze swadą przez świetnego opowiadacza, zasadniczo spoza branży muzealników, zatem przyglądającego się różnym mechanizmom życia instytucjonalnego z perspektywy zewnętrznego, niezależnego obserwatora i dzielącego się z Czytelnikiem przywilejem dystansu i zdziwienia (przy zachowaniu życzliwości dla przedmiotu opowieści). 2. Po drugie, bogato - bardzo bogato - ilustrowana materiałami ze zbiorów muzeum, które na co dzień nie budują narracji o historii instytucji, bo leżą w archiwum: Można sobie wyobrazić, ile różnych "opowieści graficznych" można by ułożyć z tego materiału i ile zmienia - jak przekonuje Lev Manovich - przełączenie się z logiki bazy danych (archiwum) na logikę narracji (linearnego układu opowieści). 3. Po trzecie, najważniejsze: firmowana przez samą instytucję, więc mająca walor opowieści w jakiś sposób oficjalnej i kanonicznej dla samowiedzy instytucji i oczekiwanego jej wizerunku.

Wadą jest mylący tytuł. Niestety, ani ze względu na dobór i układ treści, ani formę publikacji - nie jest to spacerownik. To gruby, duży, ciężki tom w twardej okładce, który jest ułożoną chronologicznie kroniką historycznych przemian instytucji Muzeum Narodowego w Warszawie. Narracja skupia się na zmianach programowych, lokalowych, personalnych, ukazanych w kontekście wydarzeń historii politycznej i społecznej XIX i XX wieku. Gdyby miał to być istotnie "spacerownik po historii", powinien być podręcznym bedekerem do wzięcia pod pachę podczas wizyty w muzeum i za punkt wyjścia obrać pomieszczenia dostępne do zwiedzania w MNW i w każdym z nich opowiadać o niewidocznych (albo niewidocznych na pierwszy rzut oka) "warstwach historycznych": w tej sali kiedyś X. spotkał się z Y. podczas wizyty w Warszawie, z czego wynikło...; eksponaty pokazywane w tej sali pozyskano do kolekcji w takich to a takich okolicznościach, a przez lata techniki ekspozycyjne zmieniły się z takich w takie...; pierwotnie tę salę projektowano jako, ale...; tematyka zbiorów na tym piętrze wynika z takich to okoliczności historycznych i siakich zainteresowań profesora L. lub M. itd... 

Na taką książkę wciąż czekam, ale Proteusza gorąco polecam - przy zastrzeżeniu, że to kronika, a nie spacerownik, jest to pozycja niemalże obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się choć odrobinę historią i historycznością muzeów jako instytucji ochrony dziedzictwa kulturowego.




2. Jarosław Trybuś, Paweł E. Weszpiński, 1939. Książnica-Atlas. Plan Warszawy. Ze zbiorów kartograficznych Muzeum Warszawy, Warszawa 2015.

Bardzo solidna publikacja z zainicjowanej przed rokiem reprintem planu Le Rouge'a z 1768 roku serii kartograficznej Muzeum Warszawy. Tym razem w cenie 69 złotych w pakiecie otrzymujemy aż 7 "części". Podstawę stanowią reprint mapy (1) i oryginalny "Skorowidz ulic i placów" (2), do tego solidne opracowanie książkowe (3), w którym Trybuś maluje historyczne tło Warszawy międzywojennej, a Weszpiński analizuje mapę pod kątem rekonstrukcji zawartego w niej "kartograficznego obrazu Warszawy". Na tych trzech elementach można by poprzestać, tymczasem dostajemy jeszcze 4 materiały: reprint planu z naniesioną współczesną siatką ulic (4), pouczające opracowanie Ryszarda Mączewskiego na temat ulic i placów na planie (plan jest miejscami niespójny nawet z własnym skorowidzem, nie mówiąc o odwzorowaniu rzeczywistości terenowej!) (5), reprint  planu z oznaczeniem charakterystycznych obiektów wybranych przez Mączewskiego (6) i opracowanie (7) zawierające listę i krótkie opisy tychże.

Zespół Trybuś - Weszpiński - Mączewski wykonał iście benedyktyńską robotę, dzięki której publikacja ucieszy nie tylko takich fanów kartografii jak ja, ale też wszystkich, którzy chcieliby lepiej poznać historię Warszawy - siegając po nieoczywiste na pierwszy rzut oka źródło takiego poznania, jakim jest plan miasta. Karl Schloegel już dawno napisał książkę W przestrzeni czas czytamy, której główna teza zawiera się w tytule. Teraz, stosując do planu z 1939 roku close reading możemy przekonać się, jak dużo jest w tym prawdy. Dzięki kartograficznym detektywom z Muzeum Warszawy przekonujemy się, że mapa nie jest tylko "zatrzymaniem" rzeczywistości terenowej z danej chwili, siłą rzeczy wcześniejszej niż czas wydania opracowanej mapy (w tym sensie każda mapa musi być zawsze w jakimś stopniu nieaktualna; podobnie jak zdjęcia w GoogleMaps, które dokumentują stan z chwili zrobienia zdjęcia, ale niekoniecznie stan z czasu umieszczenia zdjęcia w sieci, ani tym bardziej stan z momentu, w którym patrzymy na to zdjęcie - i na tym podstawowym poziomie pozwalają "czytać czas"). Historyczność planu posunięta jest znacznie dalej: możemy śledzić w nim błędy niedoaktulizowania i przeaktualizowania (oznaczanie ulic projektowanych jako istniejących); możemy śledzić historyczne uwarunkowania obrazowania kartograficznego (co wówczas w ogóle zaznaczano na planach, a czego nie), możemy wreszcie poznać osobliwą historię egzemplarza planu, który trafił do zbiorów Muzeum Warszawy.

Muzeum Warszawy, jak wiemy, wraca do źródeł muzealnictwa i w kontrze do modnego modelu muzeum narracyjnego, zwraca szczególną uwagę na własną kolekcję materialnych artefaktów, traktując każdy z nich jako potencjalny generator historii-narracji, osadzonych jednak w konkrecie materialnego nieludzkiego aktora i jego relacji z innymi aktorami, ludzkimi lub nie. W to podejście wpisuje się także seria wydawnicza "Ze zbiorów kartograficznych": pozwala nam obcować z nieobecnym i niematerialnym ("przedwojenna Warszawa") zmuszając do manipulacji dostępną materią (reprint i materiały pomocnicze), a to że możemy/musimy (współ)pracować z siedmioma elementami układanki naraz, daje przyjemność namiastki warsztatu historiografa. Ale nie dajmy się zwieść pozorom: złożonej przeszłości nie da się - na szczęście! - zamknąć nawet w 700 elementach, bo zawsze będzie otwarta (choćby na pojawienie się tego 701. elementu, który wywróci naszą wiedzę o przeszłości), a plan z 1939 roku, który trzymamy w ręku, to jednak tylko bardzo dobry reprint - wierna kopia, która sama w sobie stanowi temat na kolejne opracowania historyczne na temat kulturowych praktyk i społecznych użyć dawnych planów miast, wydawanych po latach jako "plany historyczne" (książkę o tym, dlaczego lubię czytać takie mapy, też chciałbym przeczytać, a może i napisać).

Plan Książnicy-Atlas z 1939 roku w opracowaniu Trybusia, Weszpińskiego i Mączewskiego to wyzwanie postawione wszelkim skrajnościom, udany trzeci trakt między pozostawieniem "czystych źródeł" samych sobie a takim ich opracowaniem, że w strukturze uchylonych szufladek z wysublimowanymi teoriami mógłby zginąć konkret rzeczywistości historycznej. Gorąco polecam każdemu, kto lubi kontakt z nieoczywistymi źródłami, a przy tym ceni sobie profesjonalne komentarze do nich.

***

Wyjątkowość obu prezentów - choćby na tle tego, co i jak zwykle jest wydawane przez muzea - warta jest podkreślenia. Zamiast typowego "katalogu wystawy" czy "przewodnika po zbiorach", mamy z jednej strony mikrohistorię zbudowaną na edycji krytycznej jednego artefaktu ze zbiorów, a z drugiej strony - swoistą makrohistorię jednej z najważniejszych w Polsce instytucji muzealnych, utkaną wszakże również z detali i mikrośladów.

Oba prezenty, które proponuję pod choinkę, wydają się zapewne nieco staroświeckie - ale właśnie za to je cenię. To hołd złożony, odchodzącej chyba z głównego nurtu, szlachetnej kulturze druku, w której nie wszystko, nie zawsze i nie wszędzie jest udostępniane, ale zarazem wszystko co udostępnione ma swój wymiar ponadwzrokowy (ciężar książki, zapach papieru) i działa również bez dostępu do sieci elektrycznej. Można by sobie wyobrazić spacerownik po Muzeum Narodowym jako jeszcze jedną aplikację na telefon, tak samo zresztą jak plan Warszawy z 1939 roku mógłby być warstwą-nakładką na mapy dostępne online. Ale w tych prezentach nie chodzi o tego typu codzienną użyteczność - one właśnie na swój nieużytecznie atrakcyjny sposób mogą sprawić, że Święta - czy, ogólniej, czas, który im poświęcimy - będzie nieco niecodzienny: po historii instytucji albo po mieście, którego nie ma, wybierzmy się na spacer offline, palcem po mapie lub wzrokiem po stronicach grubej kroniki, w fotelu, pod kocem, z kubkiem herbaty w ręku. Wesołych Świąt!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz